Idę chodnikiem w taki nietakt, bezludna płytka chodnikowa wwierca się w myśli. Powraca mi faza na wielokropki, na wieloznaczenia...
I jeszcze w myślach kruche ciastka w kształcie gwiazdek wycinam. Obrazy. Wycinasz. W kształcie mojego serca.
Zachciało mi się bloga. Inaczej. Jak dawno temu w paski. A przecież lubię maki. Lecą sobie właśnie w kanale reklamowym i kuszą wolnością. Obietnice też lubię. Słowa na przekór deszczom. I wiatrom w oczy.
Potem gotuję obiad. Dorzucam przyprawy. Dla smaku. Z serca. W menu dziś ragu. Kiedyś marzyłam o własnej knajpie. Z sofami. Świecami. I zawsze świeżymi kwiatami. Nie zostałam Gesler. Drugą Gesler. Ani nawet dwudziestą. Zielarką też raczej nie zostanę. Przyszło mi się z tym pogodzić. Zupełnie nie mam ręki do kwiatów. Za to mam głowę w chmurach. Serce na talerzu. Rudego kota. I nieskończone pokłady miłości.
Chwytam rzeczywistość za rogi. Nie bawię się w panią przedszkolankę. Mówię głośno, wyraźnie. Nie sypię cukrem pod łóżkiem. W łóżku wyjątek. Mydlinami usuwam brud z dłoni. Za bardzo szanuje oczy innych. Nie będę zachwycać się pięknem kwiatków, kiedy pod nogami leży gówno. Drzewo to drzewo. Smród to smród. Kłamstwo to kłamstwo. Trawa to trawa.
A tak w ogóle to straszna ze mnie romantyczka.Z lampionami w oczach. I dotykiem od którego przewraca się niebo.
Kiedy znów pójdziemy na parking? Spodobało mi się. Nie sądziłam, a jednak. Parking pod Realem, pod Tesco i wszystkie inne parkingi świata od dziś nasze! Odkrywanie nieznanego, wycieczki w głębiej... Kreci mi się w głowie, samochody wirują. Nie mogę się skupić, powiedzieć właściwie, choć próbuję i próbuję. Spodobała mi się ta zabawa… Choć nadal myli mi się Honda z Hyundai’em, a Seat z Suzuki. Kiedy pójdziemy znów rozpoznawać marki samochodów? :)))))
Co byłoby gdyby rozciąć niebo?
Szybkim ruchem, niespodzianie. Rozciąć. Zranić. W zasadzie niewiele mamy do
stracenia, dziurawi się przecież wszystko: ser w plasterkach, drogi, pamięć, a
nawet skarpetki. I byłaby sobie dziura w niebie wielkości parasolki. Można by zbadać
ukrwienie nieba, żyły, aorty, rzeki krwi, morza czerwonych łez. Boga zaprosić
na spacer, na kawę. Polizać chmury jak cukrowe lizaki. No i co z Aniołami?
Gubiłyby piórka. Czasem obcasy za niskich Anielic spadałyby gradem na ziemię. A
swoją drogą ciekawe, czy taki Anioł, potykając się o dziurę w niebie, rzuci
kurwą? Nadsłuchiwałabym łakomie z ziemi. Ja bym rzuciła. Pewnie dlatego Aniołem to ja raczej nie zostanę…
Nocami wracam od siebie. Mija mnie kosmetyczka, zieleniak i pasjonat zwierząt. Kosmita sprzedaje drogo, Kazia rozdaje przepisy, a czarna grzywka pyta czy dziś wieje. Znam tu każdą płytkę chodnika, każde załamanie nieba. W czarnych jak bez kałużach przeglądają się latarnie. Dziewczyna przechyla tanie wino, a żywopłoty przytulają zakochanych.
Kiedyś lubiłam zaglądać ludziom w okna, zazdrościć powietrza. I światła. Wyobraźnia wieszała zasłony, a po mieszkaniu przechadzał się kot. Dziś wracam nocami do siebie. Kuchnia pachnie jakby już na zapas. Mruczy prywatne futro. A ja wyglądam przez balkon. Na drugą połowę serca.
Marzenia się spełniają. Jutro uwierzę w cuda.
Jest dobrze. Pozycja 87...dolewam soku do poziomkowej herbaty. Pomidor jak zwykle bez skórki...
Jest dobrze. Słońce przedziera się przez moje myśli. Czysta powierzchnia. Konkurencja została poza granicami.
Wszystko płynie? Bzdura. Wszystko płonie. Oddechy, pocałunki, rozmowy o wszystkim i o niczym, dotyk, krzyk, spacer bez psa, noc bez snu, cienie na ścianie. Wszystko gaśnie w sekundzie. Wyczerpuje się woda w butelce, serek w opakowaniu, cierpliwość dla głupoty. Nic nie trwa wiecznie. Gasną świeczki. Spalają się parapety.
Wiesz? Kiedyś lepiłam kulki z chleba.